Zine.net online

Witaj na Zine.net online Zaloguj się | Rejestracja | Pomoc
w Szukaj

mgrzeg.net - Admin on Rails :)

Pro publico bono.NET - tak czy nie?

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, co popchnęło was do napisania pierwszego postu na forum, pierwszego komentarza na czyimś blogu, pierwszego udziału w spotkaniu grupy offline? A co was potem podkusiło, żeby pomóc komuś rozwiązać problem odpowiadając na pytanie na forum, lub co was skłoniło do napisania pierwszej notki na blogu, poprowadzenia prezentacji na spotkaniu grupy, albo zorganizowania pierwszego spotkania grupy offline w waszym mieście? Nie, nie zamierzam szukać odpowiedzi na te pytania. Zakładam, że wszystko (albo przynajmniej część, a reszta pozostaje kwestią czasu) to macie za sobą i zastanawiacie się nad swoją obecną sytuacją: warto, czy nie?

Oczywiste jest, że z punktu widzenia aktywisty jest on do przodu. No bo przecież:
- prowadząc blog rozwija swoje umiejętności pisarsko - edytorskie. Pogłębia wiedzę, zawiera wirtualne znajomości, poszerza swoje horyzonty;
- odpowiadając na forum znowu poszerza swoją wiedzę, gruntuje ją. Krąg jego e-znajomych jest coraz większy. Uczy się w klarowny sposób przekazywać istotę problemu i cierpliwie odpowiada na pytania, nierzadko zadawane przez osobę, która nie wie o co pyta;
- organizując życie społeczności offline rozwija swoje umiejętności interpersonalne: pracuje w grupie, współpracuje ze sponsorami oraz rozwiązuje wewnętrzne problemy i konflikty. Dodatkowo zahacza o prowadzenie finansów, marketing grupy, reklamę w serwisach społecznościowych i innych miejscach publicznych. Nie wspominając o prowadzeniu strony internetowej, mailingów i całej reszty, którą aktywista musi sobie jakoś zorganizować;
- prowadząc prezentację uczy się panować nad stresem, poszerza swoją wiedzę, doskonali umiejętności wyrażania własnych myśli oraz walczy z charakterystycznym dla osób o inklinacjach technicznych introwertyzmem. Otwiera się na innych, przełyka krytykę.

A to i tak tylko część 'bonusów'. Aktywista czasem coś wygra: a to dostanie myszkę z klawiaturą, a to książkę, a to MVP...

I wszystko pięknie, tylko od czasu do czasu pracodawca, lub partner życiowy spogląda przez ramię i pyta: a co to ma wspólnego z twoją pracą, lub odpowiednio - naszym życiem? Przecież czas jaki się poświęca na tego typu działalność nie bierze się z powietrza. Suma godzin podzielonych na jedzenie, sen, pracę, zabawę z dziećmi, sprawy rodzinne, sklepy.... oraz działalność 'pro publico bono.net' jest stała i = 24h na dobę ziemską. Oczywiście, zawsze można poszukać tu i ówdzie wolnych zasobów czasowych: a to snu trochę uszczknąć, a to dzieci przegonić, a to szybciej wygenerować kawałek aplikacji...

Zaraz, zaraz! Jak to 'szybciej wygenerować kawałek aplikacji'? Czyżby aktywista był wydajniejszy od nie-aktywisty? Lub też Wydajnosc(Aktywista(t-1 dzień)) < Wydajnosc(Aktywista(t)), dla każdego t? Być może. Ale jeśli nawet tak jest, to i tak 'zaoszczędzony' czas aktywista przeznacza na samorozwój. I czy nie jest tak, że leniwy, acz cwany i inteligentny programista szybciej znajdzie sposób na przyspieszenie sobie pracy, niż 'aktywista', który co i rusz będzie szukał 'lepszych i jeszcze wspanialszych' rozwiązań? Lenistwo motorem postępu?

W kategoriach ogólnoludzkich aktywista zawsze jest wygrany. Dzięki jego pomocy x osób rozwiązało swoje problemy. Dzięki zorganizowanym przez niego spotkaniom y osób wymieniło się doświadczeniami i być może rozpoczęło współpracę zawodową. Zmienił nieodwracalnie otaczający go świat. Zrobił duży krok w nieznane, gdzie przyszłość jest znacznie słabiej przewidywalna.

Spytacie: po co o tym piszę? Ano kategorie ogólnoludzkie nie wystarczają. Jeszcze pare miesięcy temu Gael Fraiteur próbował wespół z Mauricem de Beijer przekonać mnie, że organizowanie darmowych imprez nie ma większego sensu (Maurice pomaga przy organizacji SDE i SDC). Znam wiele osób, które koszta osobiste związane z działalnością pro publico bono musiały położyć na szali razem z potencjalnymi zyskami, czy to wynikającymi z potrzeb altruistycznych, czy to zimnej kalkulacji potencjalnych zysków i niestety... zakończyły, lub zamierzają zakończyć swoją działalność 'charytatywną'. 'Dlaczego?' - spytacie. Odpowiedź nie jest prosta, a wręcz bardzo złożona i często indywidualna. Wypalili się, dostali po plecach, odechciało im się, przenieśli aktywność na inny poziom, lub przedmiot zainteresowań... ale też zmienili swoje priorytety życiowe, oddali pole innym... co przypadek, to przyczyna. Statystycznie tylko 1% populacji jest aktywny. Reszta - nie. I bez współpracy aktywistów, studnia z nimi szybko wyschnie. Niepokoi mnie ten ruch odpływowy, choć nie wszystko rozumiem i wiem. Wiem jednak, że w światku aktywistów, który znam, brakuje 'superintegratora', osoby, za którą wszyscy pójdą i dzięki której cała działalność będzie miała większy wykop i sens. A może nie jest potrzebna taka osoba?

Zatem - być czy nie być aktywistą? Hę? Jak widzicie, ja wybrałem :)

Opublikowane 16 lutego 2009 19:07 przez mgrzeg
Filed under:

Powiadamianie o komentarzach

Jeżeli chciałbyś otrzymywać email gdy ta wypowiedź zostanie zaktualizowana, to zarejestruj się tutaj

Subskrybuj komentarze za pomocą RSS

Komentarze:

Brak komentarzy

Co o tym myślisz?

(wymagane) 
(opcjonalne)
(wymagane) 

  
Wprowadź kod: (wymagane)
Wyślij
W oparciu o Community Server (Personal Edition), Telligent Systems