Virtualny Tip z Marry Softer

Tym razem nowa konwencja. Prawdopodobnie jedyny taki wyskok. Niezainteresowanych moim wcieleniem się w autorkę Harry'ego Pottera zapraszam do pominięcia literackiego wstępu i przeczytania ostatniej, jedynej "wartościowej technicznie" części. Klik.

Wstęp

Był to jeden z tych lekkich, letnich dni w magicznej szkole Softwartu. Leniwie rozpoczynał się piątkowy wieczór.
"Czas na zmiany! " - pomyślała Marry Softer zdejmując czarodziejski kapelusz i rzucając w kąt sfatygowaną różdżkę. "Ile można bawić się z kolegami w lśniące pałki i tajemnicze sakiewki? W ten weekend zrobię coś pożytecznego."
Wyczarowanie dziurawego czajnika albo liniejącej łasicy jest niczym w porównaniu ze stworzeniem niezawodnego, poprawnie działającego i ślicznego programu. To był cel Marry - poznać inny, nowy rodzaj magii. Zawsze była ambitna.
Odrzuciła na bok książki zawierające bezużyteczny bełkot do wykrzykiwania podczas nagich pląsów w dzień sabatu. Siadła przed komputerem, lecz zamiast codziennego rytuału uruchamiania komunikatora Czaru-Maru i odwiedzania stron www.ezotv.pl oraz love.mag, podążyła w zupełnie innym kierunku...

Rozdział I

Jak każda magicznie naznaczona istota, Marry miała niesamowitą zdolność absorpcji wszelkich informacji. Wirujące gałki oczne poświadczały przetwarzanie, rozumienie i zapamiętywanie instrukcji związanych z zakresem The Magic of Software Development. "To jest autentycznie bardziej pasjonujące niż machanie kawałkiem drewna..." - wysapała bezwiednie, zaśliniona ze skupienia. Odgarnęła z czoła niesforny kosmyk włosów, gładząc przy tym tajemniczą bliznę, której pochodzenia mogła się tylko domyślać. Zdaniem nauczycieli z Softwartu kształt owej blizny nie mógł być przypadkowy. Gdy się bliżej przyjrzeć, można było dostrzec dwa nałożone na siebie krzyże. Złowrogi symbol krwi, bólu i cierpienia. Przypadek?
Marry oderwała się na chwilę od monitora i popadła w głębokie zamyślenie. "Dwa krzyże... Dlaczego ciągle widzę ten symbol?" Przez strony poświęcone poznawanej właśnie materii nieustannie przewijał się ten tajemniczy znak... Cóż to może znaczyć? Jaką niezgłębioną tajemnicę w sobie skrywa?
"Dokąd zmierzasz, cudowna dziewczyno? Czego pragniesz? Twoje przenaczenie czeka..." - niezidentyfikowany szept wyrwał ją z zadumy. Wystraszona wyłączyła komputer i postanowiła pozwolić umysłowi przyswoić nową wiedzę podczas snu.
Nie spała jednak spokojnie. Przez całą noc męczyły ją dziwne zjawy, jedne przynoszące przerażenie i ból, inne przygotowujące na ekstazę i uniesienie. Miały jedną wspólną cechę - w tle wszystkimi zmysłami dało się zawsze wyczuć ten niepokojący znak. #.

Rozdział II

Następnego ranka Marry obudziła się z nowym zapałem. Bez chwili zwłoki zaczęła odkrywać coraz to nowe zakamarki tajników programowania. W swej podróży natknęła się na cykl publikacji o praktyce niesamowicie wspomagającej tą piękną czynność. Po pochłonięciu całej zawartości "Wstępu do wirtualizacji" poczuła, że jest gotowa na zmierzenie się z prawdziwym wyzwaniem. Samo określenie "wirtualny" wydało jej się kuszące. Bez chwili zwłoki zabrała się do roboty i już po południu miała środowisko gotowe do przyjęcia całej nowej wiedzy i nieposkromionego zapału TWORZENIA. Rzuciła się na klawiaturę niczym wygłodniała gazela. I pisała, pisała...

Rozdział III

Blady świt zastał Marry śpiącą z głową opartą o biurko. Migoczący ekran musiał sam przejść w tryb oszczędzania energii. Jedyne co na nim widniało to znany już dobrze, pływający symbol #.
Marry otworzyła głaskane promieniami porannego słońca oczy. Uniosła głowę, zerknęła na monitor, i uśmiechnęła się do znaku. Przeciągnęła się, wstała i podeszła do lustra. Spojrzała na bliznę i pogładziła ją czule. "Już wiem co oznaczasz... świat wcale nie potrzebuje kolejnej wiedźmy" - wyszeptała. - "Nie zawiodę go..."
Z fascynacją i świeżymi siłami wróciła do komputera. Jeszcze cały dzień wolnego, cały dzień na programowanie, projektowanie, rozwiązywanie problemów i obchodzenie przeszkód!
W pokoju rozległo się miarowe stukanie klawiszy. Nic nie mogło jej przeszkodzić. Nic nie mogło zmniejszyć dziewczęcej determinacji do osiągnięcia wymarzonego celu.

Rozdział IV

Niedzielny wieczór nadszedł niepostrzeżenie. "To już cały dzień? Tak szybko?" Marry zrobiło się żal, jednak była z siebie dumna. Skończone! W ciągu zaledwie jednego weekendu nauczyła się więcej, niż przez cały miesiąc w Softwarcie. A efekt przerósł jej najśmielsze oczekiwania. Była świadoma, że przed nią nieskończone morze nauki, jednak... O dziwo, nie mogła się doczekać systematycznego posiadania nowej wiedzy. Było to dla niej nowe uczucie. Zwykle wyłącznie perspektywa wieczornych szaleństw pozwalała jej zmobilizować się do pracy. Było to nowe i... podobało jej się!
Z satysfakcją zapisała na wirtualnym dysku wszystkie zmiany. Zmniejszyła ekran, wcisnęła krzyżyk wyłączający system gościa. Wirtualna maszyna zapytała o sposób wyłączenia, a Marry bez wahania wybrała z listy Save State. Zapis stanu się rozpoczął...

Rozdział V

Wszystko stało się tak szybko... Trwało zaledwie kilka sekund, a mimo to w umyśle Marry chwile te zostaną na zawsze wyryte niczym niekończące się godziny. Proces zapisu stanu maszyny zawierającej całą jej piękną pracę doszedł do 3%, gdy drzwi z hukiem wpadły do środka. W przejściu stanęła mroczna postać. "HA!" - zakrzyknęła złowrogo - "mam cię, M.S.! Jam jest Lord GoogleMort! Przez lata próbowałem do ciebie dotrzeć, zniszczyć cię, zmiażdżyć!" Marry w ułamku sekundy przypomniała sobie wszystkie straszne opowieści, które z takim trudem wyparła ze świadomości. Powróciły wspomnienia z dzieciństwa, niewyjaśniona śmierć rodziców, strach przed jutrem, niepewność nadchodzących lat... To, z czym jej umysł uporał się z tak wielkim trudem, stało przed nią... Twarz nieznajomego wykrzywiła się okrutnie. "Pracowałem nad nowym zaklęciem, któremu na pewno się nie oprzesz! Już nigdy mnie nie poniżysz, nigdy ze mną nie zwyciężysz!" Uniosł nad głowę czarną różdżkę. Wydobywające się z niej ciemne iskry spadały na podłogę wydając przerażający syk, przynoszący na myśl najgłębsze otchłanie rozpaczy.
Marry oniemiała. Jej rozbiegany wzrok szukał ratunku, jednak jedyna możliwa broń była za daleko. Rzucona niedbale różdżka potoczyła się pod łóżko i leżała tam przez ostatnie dni. Wzrok zatrzymał się na chwilę na monitorze. Pasek zapisu maszyny wirtualnej sięgał 90%. "Akurat teraz, gdy moje życie zaczęło nabierać sensu..." pomyślała i w jej oku po raz pierwszy od lat zalśniła łza. Bezradnie zdała się na łaskę losu.
Lord GoogleMort zakończył wykonywać sekwencję ruchów wywołujących nowe, przerażające zaklęcie. Wycelował różdżkę w Marry, otworzył usta. Napięcie w pokoju sięgnęło zenitu. Oboje wiedzieli, że słowo rozpoczynające właśnie drogę przez przeponę Lorda oznacza koniec. Nieodwracalny koniec.
"CHROOOOME !!!" - echo niosło się daleko, daleko... W pomieszczeniu zapanowała smolista ciemność.

Rozdział VI

Marry wstała z podłogi. Stopniowo odzyskiwała wzrok. Po chwili mogła rozpoznać kształt wyrwanych drzwi, zarys okna przez które wpadały resztki światła niedzielnego wieczora. Gdy szok powoli mijał, do jej świadomości pulsującymi podrygami zaczął płynąć ból. Nie do zniesienia. Uniosła dłoń do czoła, pogładziła bliznę. Krzyknęła i natychmiast cofnęła rękę.
Marry spojrzała na palce - lepka czerwień nie pozostawiała wątpliwości. To blizna! To ona otrzymała cios straszliwym zaklęciem Chrome!
Rozejrzała się, jednak po Lordzie GoogleMorcie nie było ani śladu. Wtedy do niej dotarło i natychmiast zapomniała o bólu. Jej dzieło! Jej dziecko! Jej pierwszy program! Zaklęcie było tak silne, że spowodowane przez nie napięcie wyłączyło wszystkie urządzenia. A przeciez zapis stanu maszyny wirtualnej się nie zakończył!
Włączyła ponownie komputer, z zaciśniętymi wargami spróbowała uruchomić swoje wirtualnie środowisko... Niestety... "The virtual image could not be restored because the saved state was either corrupt or incompatible with this version of Virtual PC."

Epilog

Zrozpaczona Marry nie mogła uwierzyć. Tyle pracy stracone? Trzy dni na marne?
Wtedy jej wzrok przykuło coś dziwnego. W katalogu, w którym powinny znajdować się dwa pliki, widniały trzy! VMC - opcje maszyny, VHD - dysk maszyny, to oczywiste. A trzeci? VSV... "Nigdy czegoś takiego nie widziałam... Trudno, gorzej i tak być nie może" - pomyślała i usunęła nieznany twór. Chwila niepewności, dwuklik na VMC... Działa! I wszystkie dane są tam gdzie być powinny!
Na twarzy Marry zagościł uśmiech. Wszystkiego się już domyśliła. W katalogu maszyny wirtualnej VHD zawiera dane, podczas gdy VSV to tylko aktualny zatrzymany stan fizyczny komputera! Jego usunięcie działa po prostu jak wyciągnięcie wtyczki! Dlatego też jeśli podczas zapisywania stanu maszyny stanie się coś niedobrego, to pozbycie się go może być rozwiązaniem!
Ufff... odetchnęła z ulgą. "Teraz mogę zacząć myśleć o Lordzie GoogleMorcie..."

Opublikowane 09 września 08 08:16 przez Procent

Komentarze:

# mgrzeg said on września 9, 2008 10:23:

Wznosisz sie na wyzyny prozy .netowej :) Teraz tylko patrzec, jak kolejni autorzy osmieleni Twoja publikacja wyciagna z szuflad swoje wierszydla i zaczna nimi straszyc na swoich blogach :) 'Szalenstwo, spiew i taniec', a wszystko bedzie okraszone wystepem artystycznym Roy'a Osherove na zblizajacym sie C2C lub innym ZineDay'u :)

Czad!

# awake said on września 9, 2008 11:33:

Procent... miażdżysz! Chociaż z drugiej strony trochę się obawiam o Twoją głowę :)

# cuban said on września 9, 2008 12:12:

No rewelacja! Jakaś odmiana po setkach (a może i tysiącach) przeczytanych, nudnych wpisów blogowych! Brawo! Tak trzymaj :)

# Luke said on września 9, 2008 13:07:

Świetne :D Gratulacje za chęć i inwencje twórczą :)

# Procent said on września 9, 2008 20:42:

Filendank:)

# Kociub said on września 10, 2008 11:17:

"Ile można bawić się z kolegami w lśniące pałki i tajemnicze sakiewki?" Procent ty zboku :P Bardzo fajny artykuł, kiedy adaptacja filmowa ?

# Pepek said on września 10, 2008 22:01:

A gdzie ta "jedyna wartościowej technicznie część"? :P

Komentarze anonimowe wyłączone

About Procent